31 sierpnia 2016

tu i teraz

W dzień, kiedy Adaś zbudził mnie po 2 w nocy i już nie dał zasnąć, kiedy od świtu bladego noszę Go na rękach żeby pospał choć chwilę bo coś to spanie dziś trudne... myślę czy gdzie indziej... kiedy indziej, byłoby mi lepiej... Czy gdybym tę noc przespała... Może gdybym w drogiej pościeli leżała... A może u boku mężczyzny, który wydatkami się nie przejmuje... 
Czy wtedy śmiałabym się więcej? 
Czy doceniałabym bardziej życie i to co ono dla mnie ma? 
Czy byłabym ładniejsza mając czas i pieniądz na kosmetyczki i fryzjerów 2x w miesiącu? 
Czy bardziej lubiłabym siebie? 
Czy plany miałabym zupełnie inne mając inne możliwości? 
Czy zrobiłabym się wygodna i dzieci wciąż odkładała na później? 
O czym bym marzyła? 
Czy w ogóle miałabym o czym...
Sporo tych pytań. I od której strony tematu nie próbuje ugryźć to odpowiedź brzmi "nie". Bo mnie się tak strasznie podoba tu gdzie jestem... 

Ten mąż niemal wyśniony-i dobrze, że 'niemal' bo inaczej pewnie by mi się znudził... I wyśniony plan z nim realizuje... te dzieci wczesną porą, to skromne życie żeby uczyć się doceniać, to dążenie do celu powoli ale razem... To że On zawsze po mojej stronie staje... Pozwala mi żyć jak sama chcę i uczy tym samym, jak pozwalać na to Jemu...

W drogiej pościeli pewnie nie pozwalałabym sobie ani nikomu śniadań jeść, a tym bardziej kotłować się w niej, tym czystym jak i tym co się spóźnili na wieczorną kąpiel. Takie wspomnienia bezcenne, pościel przy nich, jaka by nie była - staje się bezwartościowa.

Więcej niż z moimi chłopakami nie śmiałam się z nikim, nigdy:-) a jak jeszcze dołączy Adaś...ach, tak bardzo kocham❤ 

Nigdy nie doceniałam życia i tego co ono dla mnie ma bardziej, niż odkąd założyłam swoją rodzinę. To Ona daje mi kopa i chęć, żeby rozkładać wszystko na czynniki pierwsze. Dostrzegać, zwracać uwagę na szczegóły, analizować.

Ładniejsza niż w chwili, kiedy kilka dni po drugim porodzie mąż powiedział do mnie, wpatrzony takim maślanym wzrokiem, że pięknie wyglądam..............  nie będę nigdy. Tak w środku, w sercu... Poczułam się jak księżniczka najcenniejsza, choć wypaliłam niewdzięcznie "jasne, z takim brzuchem, nie ogarnięta, śmierdząca mlekiem"...-tak, popsułam taką chwilę...ale mam w pamięci te słowa. Że On inaczej na mnie patrzy. Zaczynam wierzyć, że nie przeszkadza mu ten brzuch, jeszcze trochę Go ubędzie a to nic innego jak wspomnienie tych wymagających 9 miesięcy, ogromnego brzucha, który dźwigałam raz dzielniej, raz mniej...to cena za zdrowego, cudownego syna. 
Niska bardzo jak za szczęście niewymierzalne. 
I On to rozumie. Mam szczęście.

Lubie siebie bardzo. Taką teraz. 
Tą z piaskiem pod powiekami... 
Tą, która przysypia kiedy tylko zacznie wolniej mrugać-bawi mnie to niezmiernie, nigdy nie byłam w takim stanie, warte zapamiętania bo pewnie już nie będę. 
Z takim dystansem do świata, uczącą się czegoś w każdej minucie, analizującą na każdym kroku. 
Macierzyństwo i małżeństwo to początek bardzo ciekawej nauki przez zabawę. Nie ma tabelek, wykresów, definicji...są metody prób i błędów, analizy na szybko bo decyzję trzeba podjąć na już, skutki zależne od nas. Próby cierpliwości... czasem ekstremalne. Wytrzymałości fizycznej. Całonocna impreza, po której się wraca i odsypia to już nie wyczyn. Nawet takie 3 wieczory z rzędu. Nie sądziłam, że można kilka miesięcy spać na czuwaniu, wybudzać się co godzinę, chodzić w tą i z powrotem po pokoju przez 4h i widać słońce...z małym uśmiechem nawet. Że po takiej nocy można jeszcze coś pisać...myśleć można!  Do tego myśleć, że nigdy nie było się szczęśliwszym choć skrajnie niewyspanym akurat. Niesamowita przygoda.

Marzenia mamy wspólne-wszyscy i każde z osobna-swoje. Jak to dobrze czekać na ich spełnienie, pracować na to. Bo na wielkie rzeczy należy się naczekać. Co wspominać jak na tacy podane? Kupione i przekazane, ot tak. A ja chce kiedyś na tej werandzie naszej wspominać godzinami długimi te lata obecne. Dlatego też piszę. Bo zapomnę zaraz a to za szmat czasu ma być czytane z łezką w oku.

Myślę, więc, że ani trochę szczęśliwsza bym nie była kiedy indziej, z kimś innym. 
Pamiętam dni, kiedy nie miałam po co wstawać z łóżka. Z nikim nie umówiona, planów żadnych, nikt nie czeka...tylko w brzuchu burczy. To okropne tak nie mieć po co wstać rano z łóżka...tak myślę patrząc wstecz. Wtedy zwyczajnie odpoczywałam, leniuchowałam. A to życie zatacza krąg...i kiedyś znów tylko ten brzuch pusty zmusi do wyjścia z łóżka. 
Zaczynam mieć nowe marzenia.. Żeby mi się na starość chciało. Chciało na spotkania wychodzić, do kawiarni, na zajęcia dla seniorów jakieś. Żeby ciasto dla wnuków piec i zawozić. Żeby tylko mieć siłę i chęć... Żeby nie stać się niepotrzebnym balastem, do którego zadzwonić trzeba, choć się nie chce, bo rozmawiać już nie ma o czym... Żeby nie być marudą i zrzędą, co ćwiczę od dziś.

(Po zdjęcia, jak ktoś ciekaw zapraszam na Instagram, choć i tam ich mniej. Pisać mam wewnętrzną potrzebę, zwyczajnie muszę. po nocy, jednym okiem ale muszę a na wybieranie i obrabianie zdjęć brak mi czasu. Życie zajmuje mnie zbyt mocno :) ) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz