20 lipca 2016

życie. moja jego wartość

Mam ostatnie chwile na jakieś głębsze przemyślenia. Zaraz przyjdzie czas nauki małego Człowieka i pewnie niewiele będę wtedy myślała a nie chcę stracić tego co już po głowie krąży...
Czuję ogromną potrzebę przeżycia tego życia lepiej. Lepiej niż moi bliscy, lepiej niż ktokolwiek inny. Tak najlepiej jak ja będę potrafiła. Żeby mi się chciało i udało. Tak w uwagą największą.

Od dawna nosiłam się z zamiarem selekcji siebie w internecie. Żeby spływały na mnie wyłącznie istotne dla mnie informacje. Ograniczyć czas spędzony przed komórką, komputerem. Wykluczyć ze swojego życia całkowicie rollowanie strony na facebook'u. Chciałam go usunąć, ale stamtąd jedynie mogę zarządzać podstronami bloga i rzęs, do których wrócę pewnie niedługo po porodzie. Dlatego zrobiłam selekcję znajomych. Nawet nie sądziłam ile spokoju mi to przyniesie! Żadnych informacji kto, z kim i dlaczego, bezmyślnych wpisów kto, jaki obiad. Została garstka i ulubione blogi i strony. Czyli w konkretnym celu i tylko wtedy kiedy mam więcej czasu mogę na to ustrojstwo zaglądać. Jak się nie uda to i to skasuję. To uzależnia a ja nie chcę być uzależniona od niczego poza swoim życiem.

Nie oglądam wiadomości. I źle się czuję, kiedy Alek w gościach widzi te straszne doniesienia ze świata. Zadaje potem tak trudne pytania, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Bo co powiem? "tak już jest"? "nie bój się, to nie w Polsce. Tu jest bezpiecznie"? a może "to źli ludzie. Pamiętaj, tak nie można"? Co bym nie powiedziała On się boi. Może mu się śnić w nocy tak jak mi. 
Nie czuję potrzeby żeby miał świadomość tak daleką. Pamiętam, że jako dziecko nie oglądałam wiadomości bo były po wieczorynce i wtedy był czas na kąpiel. A jak nie było kąpieli, to ja byłam w drugim pokoju, bawiłam się bo pora snu się zbliżała. I spokój miałam. Nie bałam się ludzi. Nie wiem w jakim stopniu mózg dziecka odbiera takie informacje i obrazy ale mój dorosły na tyle źle, że ich nie oglądam. 
Napiszę o tym więcej kiedyś bo jestem ciekawa opinii innych w tym temacie. Bo może nie wiem, a z tym do lekarza powinnam. Wystarczy jeden zamach o którym się dowiem i nie daj Bóg zobaczę reportaż to później boje się zasnąć, chodzę w nocy do Alka i Go tulę...wtedy wszystko co złe staje się takie bliskie, możliwe. Pamiętam jak bałam się do tramwaju wsiąść po tej próbie zamachu we Wrocławiu. W każdej męskiej twarzy widziałam zagrożenie. Dużo czasu zajmuje mi dojście do siebie, dlatego nie chcę wiedzieć wcale. Nic.

Myśląc o uważniejszym przeżyciu życia mam m. in. na myśli zabawy z dzieckiem takie całą sobą. Bez powtarzania w głowie listy zadań do wykonania. Bez odrywania się co chwilę, bo okruszek, bo zupa, bo ziemniak.
Trudne to, bo ja nie lubię się bawić. Ja lubię ciągle coś konkretnego robić. Ścierać, układać, przebierać...a nie tym samochodem w kółko, czy ludzikiem jednym po wymyślonym zoo chodzić. No nie lubię, nudzi mnie to. Ale pamiętam czas, kiedy Alek był mały i tak właśnie spędzałam większość czasu i nawet się wtedy w to wkręciłam. Poczułam to i ot tak nazwy dinozaurów (kilkunastu!) przyswoiłam. Wymyślałam zabawy różne, w których aktywnie uczestniczyłam i mi się chciało.  I pamiętam najlepiej zimowe poranki przy takiej zabawie. Ta szaruga za oknem, my z zapalonym światłem od świtu. Czuje ten zapach...klimat. Pamiętam tańce na dywanie, kiedy cały blok jeszcze spał. Mam nadzieję, że to kwestia przestawienia na tryb dziecięcy i już niedługo znów piękne będą godziny całe tak spędzone. Właściwie to już powinny być. Widzę jaką radość w dziecku wzbudza ten dorosły zaangażowany w zabawę. Niesamowite. Darmo, w cieple i bez nadwyrężania kręgosłupa. Można! I wspomnienia same się tworzą. A na dodatek Alek teraz na etapie planszówek, które i ja lubię. Można rodzinnie, bez rozrzucania na około, w porządku ... a i tak nie gram tyle ile czuję, że powinnam.

I bardziej zauważać dzieci a nie tylko na nie patrzeć chcę. Dostrzegać drobne zmiany w zachowaniu, żeby niczego ważnego nie przeoczyć a do tego trzeba uważności. Trzeba mieć czas. Tak często narzekam na Jego brak i równie często widzę jak wiele rozwój technologii nam go podarował. To hipokryzja w dzisiejszych czasach tłumaczyć brak zainteresowania dzieckiem, brakiem czasu. Zakupy do domu - te większe plus 2-3h, pralka - plus godzina i cała masa siły i energii, internet - jakaś godzina z wyszukiwania informacji po bibliotekach i rodzinie, znajomych. Odkurzacz choćby zamiast trzepania dywaników i zamiatania - plus minus godzina i siły ile! Chleb ze sklepu, wędlina, mleko, woda. No wszystko pod nosem. Przychodnia lekarska za ulicą, telefon z którego w razie jakiegokolwiek niepokoju dzwonię do lekarza/na pogotowie o każdej porze i już, w chwili jednej albo uspokoją albo każą przyjechać i ja narzekam, że trudno? Że czas? Że ciężko? Toż to sama przyjemność z tego macierzyństwa jakby została. Trzeba mieć co wspominać więc kilka nocek nieprzespanych być musi, ale przecie to tylko dobrze bo już za kilka tygodni pójdą w niepamięć. Już niedługo na rączkach być nie będzie chciał, nie będzie możliwości patrzeć jak błogo mu na naszych rękach, jakie ukojenie dają mu jedynie ramiona nasze. Piszę i nie mogę się doczekać. Taka nie uważna byłam, kiedy Alek był maleńki. Tak czekałam na więcej. Aż zacznie jeść stałe posiłki, aż usiądzie, aż pójdzie sam, aż sam zaśnie... A teraz chce każdy dzień do cna wyciskać z emocji wszelkich. Już wiem, jak szybko czas mija. Już wiem, że żadnego dnia nie da się wrócić. I tak jak uczę się uważności przy Alku, dojrzałej takiej już, bo tu o słuchanie się rozchodzi, tłumaczenie, stawianie mądrych ograniczeń, żeby nie czuł się osaczony ale i wiedział, że ja tuż za nim i kiedy tylko chce to ja jestem. całą sobą gotowa mu pomóc... tak chcę być równie uważna w stosunku do Młodszego. Ćpać chcę każdy dzień z Nimi bo żaden nie wróci. Jak narkoman najprawdziwszy, czuć, że muszę, że potrzebuję, że tylko to da mi spokój... Chcę wieczorem czuć, że dzień wyzymany do kropli ostatniej. 
I żeby już z głową na poduszce nie żałować słów wykrzyczanych, talerzy rzuconych, łez wylanych nie uznać za bezsensowne zmarnowanie nerwów. 
Przeczytałam ostatnio
"Każdą tak zwaną katastrofę kwituj słowami: 'czy za pięć lat to będzie miało jakieś znaczenie?'"
Ja nie lubię myśleć o tak odległej acz określonej przyszłości bo to nigdy nie wiadomo. Wolę zapytać siebie czy kiedy umrę to będzie miało jakieś znaczenie? Bo to, że żyć przestanę jest pewne, co za 5 lat...nie bardzo  Czy kiedy okazałoby się, że jestem śmiertelnie chora, że coś poważnego dolega moim bliskim to czy fakt, że P. nie wyrzucił śmieci wtedy, kiedy ja tego chciałam i stały całą noc przy drzwiach będzie miało jakiekolwiek znaczenie? Czy podłoga nie myta 2 tygodnie zmieniłaby coś, gdyby umyta została? W obliczu największych tragedii człowiek zaczyna doceniać i dostrzegać co faktycznie ważne. Że nie trzeba o te śmieci na noc się kłócić. Podłogą przejmować. Zamiast tego przytulić mocno w tym łóżku wspólnym, wśród spokojnych oddechów dzieci. Bo przecież mogłyby strzały z karabinów za oknem nie dawać zasnąć, strach największy budzić, niepewność jutra siać. Mogłyby się te oddechy spokojne nie zdarzyć akurat nam... Mogliśmy się wcale nie spotkać. Moglibyśmy zasypiać w pojedynkę marząc jedynie o czyimś objęciu. 
I pomyśl teraz, co jest na prawdę ważne?

I dla tego lepszego życia uczę się nie oceniać od razu. Za szybko. 
Bo ten Pan co to już z daleka na takiego co kieliszki lubi mi wyglądał, i do tego ktoś mu dziecko pod opiekę dał(co za rodzina musi być!) bo z wózkiem przed sobą chwiejnie kroczył... To okazało się, ze ten Pan to dziadek wspaniały taki! Troskliwy! I bluzę kiedy trzeba dziecku ściąga, uważny-nie spuszcza małego z oka, od zjeżdżalni do huśtawki i z powrotem, czasem nieco pogoni dla śmiechu obojga. Ale nieco tylko bo na nogę trochę utyka. Wypadek może kiedyś jakiś...może boli co dzień od rana a on sens największy w tym wnuczku widzi i podbiega za nim dla śmiechu, choć trochę. Bo ubrany w sprane dżinsy i kremową koszulkę polo, luźną, w paski, wciągnięta w spodnie...no jak Ci co mijani z butelką, myślę od razu... A może dla Niego ubranie to na ostatnim miejscu i czasu nie traci na jego dobieranie. Może zamiast nowych dżinsów wnuczkowi do skarbonki wciska. A ja go od pijaków w myślach...tak jakby ubiór świadczył o człowieku.
A jak się odezwał...dykcja jaka, elokwencja. Ton niski, ciepły acz stanowczy. Mały jęczał, kwękał a On mu zdaniami całymi tłumaczył, spokojnie, bez nerwów. (Mały na oko lat 1,5).
Schodki głośno liczy Dziadek, na których tamten staje. I słyszę jak Mały powtarza za nim "tsy, tsy, tsy"...no miód na moje serce. I już widzę oczami wyobraźni jak szybko mówić zacznie. Dzięki temu dziadkowi właśnie.
O ja wstrętna! Bezwstydna! Obłudna taka! Nie lubię się wtedy. Bardzo. I mobilizuje do zmiany po raz kolejny. Żeby nie oceniać za szybko. 
Bo najważniejsze to być dobrym człowiekiem. A dobry człowiek moim zdaniem nie ocenia. W ogóle najlepiej, bo żeby ocenić obiektywnie to w skórze drugiego musiałby się znaleźć. Znać drogę jaką przeszedł w życiu swoim.
I tu przyszedł mi na myśl pewien tekst spisany, na rogu zeszytu gdzieś

"Umiejętność obserwowania bez oceniania jest najwyższą formą inteligencji" Jiddu Krishnamurti

Także tego...

Dobrym pomysłem na szybki rachunek sumienia, na plan zmian jest zatrzymanie się nad myślą...: jak chciałabym być zapamiętana. Jak chcę żeby wspominali mnie na moim pogrzebie bliscy.
Bo na starość będziemy wiedzieli to z pewnością. Poznać wartość życia bliżej jego końca to już nie sztuka... to smutek wielki. A ja chcę bardziej jak dziecko, wiedząc, że całe lata przede mną, jednocześnie jakby jutra miało nie być. Tak pełną mocą. Na co mam ochotę to robić, czasem poza rozsądkiem. 
Deser przed obiadem? Praktykuję od dawna. Raz na jakiś czas się zdarza, jestem wtedy szczęśliwsza, więc nie widzę powodu dlaczego miałabym zabraniać tego dziecku. A obiad przekładam na godzinę później. Myślę, że wspominać będzie dobrze. Pamiętam, że nienawidziłam jeść na siłę kotleta myśląc o tej galaretce w lodówce. Obiad nie smakował wtedy wcale.
Krzyk i machanie rękami za rozsypaną mąkę? A ja bym chciała nerwy na wodzy utrzymać i po tej mące palcami malować...a później w ciągu minuty do odkurzacza rach-ciach. I niech to rodzina moja nad grobem wspomni. 
Że książeczka czytana była każdego wieczora, choć z nóg padałam, choć oczy na zapałki a jeszcze pranie z pralki do wyciągnięcia. 
Że kiedy sił i pomysłu na obiad brakło to bez nerwów pizze zamawiałam albo placki zarządzałam. Bez udziwnień żadnych, za to ze spokojem.
Że musiały się moje dzieci bać mnie nigdy. Czy to zbita szklanka czy jedynka z matmy. Że wiedziały, że do Mamy to ze wszystkim jak w dym. Że jak trzeba to do rozumu przemówi, bez oceniania, poniżania, a jak nie to bez słowa przytuli. 
Żeby mąż mój czuł, że ma we mnie wsparcie. Żeby mógł wspomnieć, że bawił się ze mną dobrze. Że ja taka do tańca i do różańca - tak bym chciała. Że ten blat w kuchni to nie tylko do ubijania kotletów, jak pięknie powiedziała Ania Przybylska i do mnie to przemawia bardzo. 
Że życie dla mnie najważniejsze było, nie kolejna para kolczyków, nie meble z najnowszej kolekcji czy dywany najmodniejsze. Że piękna w prostocie byłam, świadoma tego co najważniejsze, że o Niego zadbać umiałam, że dzieci dobrze wychowałam, że za bardzo nie zrzędziłam, choć wie, że mogłam więcej. 
Chciałabym z nim do tej starości najdalszej dotrwać w szczęściu wypracowanym. Do tych czasów, kiedy będziemy wyczekiwać odwiedzin dzieci, kiedy na wzajem będziemy sobie przypominać, co drugie zapomni a opowiedzieć by chciało. Żeby ta starość, choć nieudana, za karę jakby trochę, to żeby ta wspólnota serc ją nieco osładzała.

Nie zostaje nic innego jak pilnować się w tym życiu swoich wartości. Już teraz mądrze dni spędzać a nie na starość żałować. I otaczać się wspomagaczami trzeba. Moimi są przede wszystkim słowa. Fragmenty książek, wywiadów...człowiek czasem od niechcenia powie coś, co drugiemu życie w jedną chwilę rozjaśni, zmieni, natchnie. Słowa mają siłę wielką. Poza książkami, słowa ma muzyka....reggae dla mnie. W niej i słowa i muzyka potrafią wprowadzić mnie w stan największej szczęśliwości. Prostota, radość, mądrość, swoboda...to jest dla mnie reggae.

"A ja nie chciałbym tak po prostu...po prostu przeminąć"
"Muszę ruszyć z miejsca i pójść na spotkanie własnego spełnienia"

Miłego słuchania Kochani!
(i jeszcze ta wersja koncertowa! ach<3)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz