9 czerwca 2016

stary wpis. nowy wstęp. ciągle aktualne myśli

Robiąc porządki w roboczych wpisach odnalazłam to.
Od tamtego czasu nie zmieniło się nic. Poza Fasolką. Czułam dokładnie to samo, wiedziałam do czego dążę i udało się znów. Tym razem bardziej. Fasolka siedzi w moim brzuchu już 33tygodnie. Czekamy. Całą trójką na kolejny mały Cud.
Nie każda Kobieta nadaje się do dbania jedynie o "ognisko domowe", doskonale to rozumiem i nie krytykuję ani Mam, które wyczekują końca urlopu macierzyńskiego zanim on się w ogóle rozpocznie, ani tych, które kilku miesięczne dzieci oddają pod opiekę Niani. Wiem, że czasem z tą Nianią to lepiej będzie i wspomnienia piękne na całe życie, niż ze zmęczoną i sfrustrowaną codziennością Mamą. 
Lepsza Mama szczęśliwa i pełna energii do zabawy popołudniami niż taka na pełen etat z przymusu.

Ja sprawdziłam. Moje marzenie właśnie się spełnia. 
Jest ciężko i fizycznie i psychicznie. Będzie jeszcze ciężej. Ale ja ten wysiłek lubię najbardziej. I praca z doskoku coby nie oszaleć na pewno. 
Miniony czas nauczył mnie więcej doceniać. Widzieć więcej. 
Niesamowicie cenię Męża mojego i z miejsca tego i każdego innego Mu dziękuję, bo to wszystko dzięki Niemu właśnie. Wziął na swoje barki utrzymanie całej rodziny. Tym bardziej staram się nie narzekać, że mi czasem ciężko. On to wie. 
On pracuje ciężej, to wiem ja. 
Po kilku latach zdałam sobie sprawę jak ważny jest podział obowiązków. Ale taki świadomy. Z obu stron. 
Taki, że Mąż pracuje poza domem, żebyśmy mieli za co żyć a ja pracuję w domu, dbam o rodzinę, tworzę naszą wspólną codzienność, wspomnienia Naszych dzieci. Wiem, że to ja powinnam planować wspólny czas, ten w którym może uczestniczyć Tata nie martwiąc się już o nic. Bo najważniejsze żeby był. Dla tych dzieci właśnie. Dla mnie. 
Prawda jest też taka, że często ten Tata, kiedy popołudnie ma wolniejsze to w domu jeszcze praca czeka. Bo z kranu cieknie. Bo zlew zapchany. Bo ciężkie kartony na szafę włożyć trzeba. 
Za swój ogromny sukces uważam, że nauczyłam się być za to wszystko wdzięczna. 
Bo najłatwiej powiedzieć sobie i Jemu, że to wspólny dom i ma się w nim udzielać. Że taki Jego obowiązek. 
Najłatwiej też wtedy Jemu odpowiedzieć, że jest zmęczony po 10h pracy a Ty cały dzień przesiedziałaś w domu, to niech ten kran do soboty poczeka. 
Zdradzę Wam w sekrecie...niuans taki. Dobro wraca. 
Można dojść do tego bez słów. Bez dłuższej rozmowy nawet bo o nią czasem  najciężej. 
Przestałam żądać wykonywania poleceń, kiedy mi pasowało. Zaczęłam wypatrywać momentu, kiedy On już trochę odpocznie po pracy, kawę wypije, z dzieckiem się pobawi i wtedy zwyczajnie, najspokojniej jak umiem mówię czego od niego potrzebuję. Najczęściej zaczynam "chciałabym żebyś mi w czymś pomógł". Już samo to zdanie brzmi bardziej zachęcająco niż komenda dla przygłuchych i domyślnych: "kran cieknie!", "zlew byś naprawił a nie tak siedzisz!" - no z tego od słowa do słowa kłótnia gotowa. 
Jak Ty miło i grzecznie to i odpowiedź w podobnym tonie wraca.

Przestałam też się wyręczać. Złapałam się na tym, napiszę uczciwie bo pewnie nie ja jedna, że jak Tata w domu to ja mniej muszę. Obowiązków jakby mniej. Nie zmywam zaraz po obiedzie jak to się dzieje, kiedy Go nie ma, bo może On tym razem. Nie wstaje na pierwsze wołanie dziecka z rana tylko łokciem szturcham Jego. A przecież On mnie do swojej pracy w zastępstwie nie wysyła! Przecież jakim już odciążeniem jest zajęcie się dzieckiem  w ciągu dnia. Ten spacer przed obiadem np. tylko ich taki, a Ty w tym czasie obiad nastawiasz szybciutko i nogi możesz wyciągnąć na minut co najmniej 3o! A możesz też nadgonić inne obowiązki w luksusowych warunkach bo dziecko bezpieczne i do tego czas najprzyjemniej spędza. Po obiedzie zabawa też może być głównie z Tatą a Ty zdrzemnąć się nawet możesz. No, albo pobawić się wspólnie w imię idei "dbam o wspólne wspomnienia". Twój wybór".

Najważniejsze to do siebie dotrzeć, zrozumieć. 
Tak. Muszą chcieć obie strony. W tej kwestii obejścia na około nie ma.

(Jak zwykle przydługi wstęp.
Tak pisałam prawie rok temu)

Bo najważniejsze to dotrzymywać obietnic złożonych samemu sobie, prawda?

Niemal dokładnie, 11 miesięcy temu założyłam tę stronę, napisałam nieudolnie i nie przemyślanie dwa teksty a chwilę później zaczęłam pracę zawodową, tym samym odkładając pisanie na 'niewiadomokiedy'. Praca okazała się zajęciem dwu etatowym, przyciąganym w głowie do domu, wymuszającym zaniedbanie tego co przed nią było bezdyskusyjnie najważniejsze. Z początku było dobrze, nawet bardzo bo po 3,5 roku zajmowania się dzieckiem objęcie zupełnie innej funkcji, otrzymanie ważnego i ambitnego zadania i stanie się bardziej niezależną finansowo było dla mnie brakującym elementem do mojej krainy szczęśliwości. Znalazłam pracę taką jak chciałam, miałam wracać do domu usatysfakcjonowana, zmotywowana i świetnie godzić to z obowiązkami domowymi bo przecież KAŻDA kobieta to robi. Każda po urlopie macierzyńskim czy wychowawczym wraca do pracy, Dzieć do żłoba albo przedszkola, widują się wszyscy wieczorami, SuperEkstraFajerwerki jak Mama kończy pracę na tyle wcześnie, że sama odbiera Go z przedszkola i właściwie nie odczuwają większej zmiany. I sobie radzą, bo wiedzą, że tak trzeba, taka kolej rzeczy czy jak kto sobie to tłumaczy...

A tu właśnie pojawiła się moja zadra. Moja praca kończyła się 2x w tyg tak że biegłam po Syna do przedszkola. Pozostałe dni zaprowadzałam Go a po powrocie zastawałam go w łóżeczku, czy w lepszym wypadku w czasie ostatniej bajeczki (w lepszym bo to dawało nam możliwość na jeszcze świadome przytulasy). Im lepiej szło mi w pracy tym większe poczucie winy miałam wracając coraz później do domu. Bo placuszków nie smażyłam od 2 miesięcy a Syn tak bardzo je lubi, bo ciasto ostatnio było ... nie umiałam sobie przypomnieć kiedy. Najgorzej było w dni wolne, cały miniony miesiąc, jak budził się rano i pytał "a kto się mną dziś zaopiekuje?" (zdarzało się, że co dzień inna babcia, dziadek...) a popołudniami mówił "mamo ja nie chcę żebyś Ty pracowała. Chcę żebyś to Ty ze mną zostawała". Serce mi rozrywało. A zanim urodziłam swojego Czterolatka snułam plany jaki będzie mój wymarzony dom, że będzie pachniało ciastem co niedzielę, że będę wymyślała rozmaite śniadania bo pierwszy posiłek jest najważniejszy i ważne czym się człowiek odżywia od małego bo na niewiele rzeczy już mamy wpływ a to co jemy jest nieliczną na którą jeszcze mamy, że będziemy całą rodziną chociaż jeden dzień w miesiącu spędzać daleko od domu poznając nowe zakątki i skupiając się jedynie na sobie, że nie ominie mnie ŻADNA WAŻNA CHWILA z życia moich dzieci dopóty, dopóki One będą mi pozwalały w nich uczestniczyć...


Dość długo mieszaliśmy z moimi rodzicami i do tego ja nie pracowałam na etacie, więc w dużej części udało nam się tworzyć takie wspomnienia o jakich marzyłam dla swojego Dziecka. I do tego bliskość kochanych Dziadków - miłości na co dzień razy 2;) I tak do momentu aż poszłam do pracy. Od tamtej pory nie mam do czego sięgać pamięcią, żeby powiedzieć sobie "było tak jak chciałam". Jedynie wydarte na siłę chwile i ciągle piętrzące się zaległości domowo-wychowawcze. Nerwy bo trzeba iść do dentysty a nie ma odpowiedniego dnia na wzięcie wolnego. Niestety zawód nie pozwala mi na pracę jedynie na godziny poranne i wychodzenie w punkt. Dlatego też od dłuższego czasu poważnie analizowałam rzeczy ważne i ważniejsze, upływający czas i swoje marzenia. Myślałam po co mi to wszystko do cholery?! Płakałam wieczorami bo nikt nie rozumiał. Bo słyszałam "przecież nie Ty jedna", "bo tak już jest, nic nie poradzisz...". Jak to nic nie poradzę? ZAWSZE jest jakieś rozwiązanie, rzadko łatwe ale ja nie chcę za lat kilka płakać znów. Płakać, że dokonałam złego wyboru. Że bałam się nieznanego. Że wybrałam MIEĆ zamiast BYĆ.


Jest wiele Kobiet, które tak się nie rozczulają, które uspokaja fakt, że dziecku nic złego się nie dzieje pod opieką dziadków czy opiekunki. Kobiet, którym wystarczają wspólne niedziele. Podziwiam je. Za opanowanie.

Ja nie umiem. Ja nie umiem pogodzić tych wszystkich rzeczy. Nie umiem się nie rozczulać i nie myśleć o tym, że moje dziecko dorasta i że dziś mówię mu, "nie mam czasu na wspólny spacer bo muszę iść do pracy" a 'jutro' to moje dziecko mi powie, że nie ma czasu porozmawiać o tym co u niego. Że przez brak obecności, poświęconego czasu i rozmowy przeoczę jakiś problem, nie zauważę, że dzieje się coś złego a On sam do mnie nie przyjdzie bo przecież i tak zapewne odpowiem "teraz nie mam czasu". Tego nie wybaczyłabym sobie nigdy,

Bogu dzięki udało nam się wystarać o drugie dzieciątko, mamy upragnioną Fasoleczkę, mam czas dla Synka. Mam nadzieję tego daru nie zmarnować i nadrobić miniony rok. Spróbowałam jak to jest pracować w moim zawodzie i dawać z siebie 200%. Dziękuję, to nie dla mnie. Później poszukam pracy. I będzie to praca od-do, bo najważniejsza jest dla mnie RODZINA.


Obiecałam sobie na początku starań o Brzuniową Fasolkę, że jak nam się uda to wrócę na bloga:) Powtarzałam to co miesiąc, minęło ich aż 7 i oto jestem ze swoją historią w skrócie ;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz