16 maja 2016

Z WIEKIEM

Dojrzewam
Doszłam do momentu, w którym czuję i rozumiem jak bardzo JA jestem ważna. 
Do momentu, w którym wiem, że od mojego szczęścia zależy szczęście całej rodziny! 
Że to wcale nie na odwrót jest.

Bo kiedy działam, myślę, mówię w zgodzie z samą sobą to i wstać rano się chce i jest po co.

Sprzątanie przyjemniejsze bo wiem, że to ja się lepiej w czystości i porządku czuję a nie tylko dla dzieci, męża, teściowej co z niezapowiedzianą wizytą wpadnie, i może oceniać później będzie w głowie.
A nawet jakby zechciała - nie przejmuje mnie już to.
Nie chcę skupiać energii na tym co ktoś o mnie pomyśli. Bo myśl ta trwać będzie może minutę a moje zastanawianie nad tym dużo dłużej. I czasu na to straconego nikt mi nie wróci. I zawodu dziecka, z którym nie bawiłam się wystarczająco uważnie nie wymaże.

Bardziej też umiem oddzielić rzeczy ważne od tych zupełnie nie. 

Dla mnie. 
Wiem, że każdy może mieć inne priorytety i świadomie uczę się to szanować. Nie wtrącać swoich małych mądrości dla kogoś zupełnych głupot. 
Żyję dużo spokojniej, szczęśliwiej. Sprzyja tej zmianie na pewno brak stresu zawodowego (no, małego), czas na przystopowanie, rozejrzenie w okół. 
Więcej myślę i analizuje, wyciągam wnioski. 
Nie wdaje się w dyskusje, nie mędrkuję, bardziej słucham, nie oceniam. Staram się.

I sukienki polubiłam. Długie. No strasznie!

Gdyby nie przyszło ciąży donaszać latem, być może nigdy bym się o tym nie dowiedziała. Jak zwykle T-Shirt i szorty bym wkładała bo najwygodniej. I krokiem bardziej męskim, hardym szła. 
A tak, żeby brzuch wygodnie i estetycznie zapakować w dni bardziej gorące, długie sukienki kupiłam. 
I już niczego innego nie chce. 
I na jesień długie spódnice, zwiewne mi się marzą. Już planuję.
I czuję się w nich pięknie, kobieco, nie zobowiązująco, swobodnie. 
I w piasku usiąść i na huśtawce próbować, bez skrępowania można bo długość zasłania wystarczająco. 
I te nogi zmęczone, czasem krzywo stawiane. 
I brzuszek, ten bardzo już spory, ładnie podkreśla, delikatnie tak.

Czuję, że żyję w zgodzie ze sobą jak nigdy przedtem. Nie uciekam od kobiecości w męska niby siłę. Jestem w głębi duszy bardzo delikatna i to pielęgnuję.

Przemyślam, piszę tak jak mi najmilej.
Tak dla siebie, za miesięcy kilka.
Zrozumiałam czego od siebie oczekuję. 
Jaką chcę być Mamą, jaką Żoną.
Bo czy nie najważniejszym jest spełniać swoje oczekiwania? Nie mieć wyrzutów do samej siebie? 
Bo czy szczęściem by było, ideałem być dla męża, 
takim jak on sobie w głowie ułożył? Czy nie znudziłby się zbyt szybko? 
Albo Matką taką jak z poradnika? Kilku łącznie najlepiej. 
Tylko czy autor to pewien jest, że to szczęście gwarantuje?
Że wtedy do domu miłość, ciepło i troska najszczersza zawita?
Myślę, że nie.

Życie jest niewiadomą. Do tego dane ledwo na chwilę.

Tą co trwa właśnie. 
Nie wiemy nigdy czy kolejna będzie nam dana. 
Nie można zakładać pewnej przyszłości bo to jedynie los rozbawić może. 
Na pewno go nie przekona.
Dojrzałam, żeby za najważniejsze uznać swoje sumienie, kiedy chwil tych na życie dla mnie już zbraknie. 
Żeby mieć poczucie dobrze wykonanej pracy. Zony, Mamy, kobiety, przyjaciółki, człowieka w ogóle.
Określiłam swoje obowiązki, co mogę, co chce i co powinnam. Nie co muszę. Bo nic nie muszę. 
Nie muszę kompotów gotować, mogę napój w sklepie kupić. 
Nie muszę chleba piec więcej, tylko dlatego, że mężowi smakuje. Mogę kupić zwykły i niech je co jest.
Nie muszę z dzieckiem po lekarzach biegać, specjalistów wyszukiwać, tylko jak jeden zaleca 8 różnych leków to grzecznie podawać, i kiedy mówi, że najlepiej to już zastrzyki co miesiąc przez 5 lat to na nie też się zdecydować. 
Bo przecież to lekarz. 
Wie najlepiej.

Ale ja CHCĘ żeby dziecko znało smak domowego kompotu i pamiętało Matkę, która go gotuje. 

Chce dla męża ten chleb skoro lubi, bo dla niego wszystko co najlepsze. 
On przecież dla nas tak ciężko pracuje...a tez przecież nie musi.
W końcu niebo i ziemie poruszę i o pieniądze prosić będę jak konieczność taka zajdzie, żeby dziecku mojemu pomóc w chorobie. 
I dowiem się wszystkiego o tym co mu dolega. 
Dlaczego, z czego i co mogę zrobić żeby jak najmniej zaszkodzić. 
Bo przecież wiem, że 8 preparatów chemicznych to nie samo zdrowie.
I często bardzo to nie ten lekarz a Matka właśnie
Wie najlepiej.

I chcę żeby wspomnienia z dzieciństwa miał najpiękniejsze.

Chcę żebym była w nich ja i Tata. I rodzeństwo - ile go miał będzie.
Chcę żeby miał w pamięci jeden, powtarzający się, najpiękniejszy dzień tygodnia. Taki kiedy w domu są wszyscy, kiedy zawsze robimy coś razem, taki na który się czeka, za którym się tęskni.
U nas dniem takim będzie niedziela. Jedyny dzień, w którym Tata nie pracuje.Będzie, bo rytualnie jeszcze nie jest. Musimy to wypracować bo dzień ten jest również jedynym dniem odpoczynku. Ale już moja w tym głowa, żeby wszystko pogodzić, połączyć. Wierzę bardzo, że warto. Czas pędzi. 
Już niedługo, tam gdzieś za rogiem czekają dorosłe prawie już dzieci, które mają swoje plany na niedzielę. Które w sobotę wychodzą na imprezę, w niedzielę odpoczywają i przygotowują się do szkoły i gdzie im tam w głowie czas wspólny!
I na to też zamierzam się zgodzić. Na to, że przyjdzie moment, w który ważniejsze stanie się towarzystwo. Koledzy, koleżanki, miłości. A czas na rozmowę będę łuskać z międzyczasu. 
Zamierzam się zgodzić, kiedy będę wiedziała, że dzieciństwo zapełniłam im doszczętnie. Że było mnóstwo zabawy, rozmów, wygłupów, budowania z klocków, rysowania, czytania. Że wspomnień im zapewniłam pod dostatkiem. Że mają te dzieci moje do czego pamięcią sięgać, żeby się cieplej na sercu zrobiło. I pewność mają, że zawsze mogą na tych swoich Rodziców liczyć.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz