19 maja 2016

tak wiele

 


 









Uwielbiam kiedy Alek woła mnie rano, całkiem przytomnym już głosem, a kiedy przychodzę to udaje, że jeszcze śpi. Widzę jak te oczka pod powiekami drgają, jak je na siłę zaciska... :)
To sposób na to, żebym poleżała z nim choć parę minut zanim na dobre zaczniemy kolejny, zabiegany dzień.
Tak strasznie mocno te dzieci nas kochają...no spójrzcie.

A mogłabym się złościć... i złościłam może z raz na to, że jak ja już ledwo nogami powłóczyć zaczynam to Alek chory. Ale jak? 3 tygodnie się leczymy, dochodzimy do siebie...na tydzień wraca do przedszkola i przechodzimy na dietę. Bo ileż można lekami organizm osłabiać. A teraz czas ostateczny, póki niemowlę w brzuchu i mogę rzeczywiście diety dopilnować. Przez 4 tygodnie. Bagatela.

Ale
udało mi się dostrzec to co los mi tym sposobem podarował.
Że przecież to już ostatnie tygodnie, w których mogę poświęcić czas tylko Jemu.
Najdalej w lipcu na świat przyjdzie drugi Synek i już czas dzielony być zacznie. Wtedy będzie POCZEKAJ. 
Poczekaj, przebieram. 
Poczekaj, karmię. 
Poczekaj, płacze.
I nerwy, łzy i noce nieprzespane będą wtedy,
A my dostaliśmy te niemal dwa miesiące jakby w prezencie! Bo kto by przewidział? 
Już się one w takiej formie nie powtórzą nigdy. Już na zawsze będzie ten młodszy brat, drugie dziecko. 
I jak tu tego nie docenić jak już się to uświadomi...?

To piękne, że spacerów tyle mieliśmy tylko we dwoje, poranki ciche i spokojne, kąpiele do relaksu takie, długie. Tuż przed tym, kiedy wszystkim życie zmieni się tak bardzo.
Zatrzymałam się, dostrzegłam tą Jego małą dorosłość, jaki jest, jak się zmienia. Bo od godziny 15:00, kiedy z przedszkola wraca i w weekendy to nie to samo. O już wiem, że nie.

I dość miałam też nie raz. Bo tak wiele chciałam zrobić, na spokojnie dla Młodszego poszukać czegoś, wybrać. Posprzątać gruntownie chciałam a z Nim zawsze coś. Spacer, zabawa, obiad, kolacja i ja z bolącym już brzuchem...do terminu i tym razem nikt mi nie wróży.
I tak samo nie raz dopadała mnie myśl: "uspokój się dziewczyno! Ciesz się! Macie jeszcze raptem kilka tygodni sam na sam. Później czas znów zacznie umykać, nie będzie wiadomo w co ręce włożyć i kiedy te dzieci porosły?!"
No i ja to wiadro zimnej wody za każdym razem z pokorą przyjmowałam, dziękując za nie, że znów uświadomiło.
Tym też sposobem skupiłam się na chwili co trwa. To dzięki temu znów zaczęłam pisać. Przemyślałam po co mi to, dla kogo. Jak chcę żeby to wyglądało, co chcę robić sama ze sobą, do czego/dokąd dążyć. A takie pisanie zmusza do refleksji, do zatrzymania się na tym co teraz i tu, żeby wyciągnąć z chwili jak najwięcej. Do powrotów do minionych zdarzeń, przeżycia wszystkiego świadomiej, mocniej, bardziej, Czuję, że mniej mi umyka, zdecydowanie. Każda chwila, każdego dnia coś ze sobą niesie. Wystarczyło spojrzeć uważniej, wolniej.
Bo gdybym nie pisała to pewnie przez myśl krótką te niedziele w poprzedniego wpisu by mi przeszły tylko. Żadne tam myśli głębsze co za kilka lat, co tuż za tym rogiem...

Chcę być fair w stosunku do samej siebie ale i do czytelnika, który może kiedyś tu trafi. 
Że jak piszę o uważności, to uważna na to życie być się staram. 
Że jak o tym czasie co tak gna szybko, to że ja chwilę każdą łapię i z niej czerpię. 
Że ja ten kompot i chleb...no przecież się przyznałam. 
Każda dodatkowa motywacja jest dobra. A przecież nie chcę się poddać, nie chcę stracić zapału...no to muszę go podgrzewać bo to dla mnie samej. 
Do papierowego pamiętnika to by mi pewnie wytrwałości zabrakło. No i tam zdjęć tak wgrać się nie da, a ja je tak uwielbiam. Drukować i przyklejać tyle? No, to nie to. A jeszcze dzięki temu, że piszę to i te zdjęcia przeglądam, obrabiam i może w końcu uda mi się te 3 000 posegregować i wywołać. Bo co na papierze... :)

I przestałam czuć, że czas tracę! TV już prawie w ogóle nie oglądam. W ciągu dnia niczego nie ma, a ja włączałam żeby cicho nie było i jak spojrzałam raz, drugi to całe godziny oddawałam na zmarnowanie! A ta cisza taka twórcza! I do obowiązków łatwiej się podnieść a ja wiecznie w niedoczasie, zawsze coś do listy "to do" dopisywałam a skreślać podchodziłam rzadko. A przez to spać kładłam się zawiedziona taka, że nic nie ubyło, że wciąż coś zalega, że dzień stracony. Kolejny.

No to odpukać(!) jest postęp. Pilnuje się, wypracowuję rytm, ustalam dzienne priorytety, trzymam się ich. Choć fizycznie trochę trudniej, skurcze dokuczają, chodzić ciężej to powolutku, z przerwami, w czasie których też bezczynnie nie leżę. No przerwać teraz nie chcę jak znów próbę podjęłam, jak znów taką możliwość mam, żaden skurcz mi planów nie pokrzyżuje! Dostosuję się do niego ze swoimi planami :)
I tak coś pozmywam, odkurzę i bach na godzinkę zdjęcia poobrabiać, napisać coś żeby znów pójść chlebek ukręcić i do piekarnika, kurze zetrzeć. To działa! A  jaka satysfakcja, zadowolenie z porządku! 
Bo ja trochę w genach mam, że odpoczywać bezczynnie nie umiem. Walczę ze sobą bo denerwuje mnie, kiedy ktoś siedzi, odpoczywa a ja coś robię, krzątam się. No szlag mnie trafia. Ale jak się zastanowię to właściwie nie mam zadania dla niego. I ten odpoczynek to należy mu się w danym momencie najbardziej na świecie. No paskudna cecha. Walczę. 
Dlatego ten TV był włączany, bo niby że cicho...a to takie oszukane strasznie, że niby nic się nie robi ale robi. A to kradziej czasu taki! Bezczelny. No zakazać go w ogóle!

Cieszę się z przebiegu spraw, z tego gdzie teraz jestem, że tak wiele zrozumiałam i o tym pamiętam, że wszystko ode mnie zależy i ja to już wiem.
Że karma wraca - wiem.
Że uśmiech ZAWSZE łączy, nigdy nie dzieli.
Że na wielkie zmartwienia najlepsze małe radości.
Że czas mija bezpowrotnie i nadrobić się go nie da, ale można w każdej chwili przestać go tracić.
Że jak porządek utrzymuję na bieżąco to czasu się robi jakby więcej, przestrzeni dla życia i myśli.

I że ja w tym domu to przecież lubię być! Że nie musi być co dzień to samo. 
A wystarczyło żeby się zachciało. 
Obiady planować, chleby piec, o porządek dbać i w końcu na tym dziecku to bardziej się skupić. Pozwolić mu być nie tylko uczniem swoim ale i nauczycielem. Przede wszystkim nauczycielem. Obserwować, kroczyć obok albo nawet kroków kilka za. Nie oczekiwać, że polecenia będzie wykonywać grzecznie, bezmyślnie się dostosowywać. 
Od razu ciekawiej! Mówię Wam. Tak się otworzyć na te dziecięce kompetencje, ten niezmanierowany świat. I niech no ja się rozpakuje! Tyle w głowie planów i podróży już mam. I nie przeraża mnie nic a nic, że z niemowlakiem to wszystko. Kiedy już się nieco poznamy i nauczymy siebie, też zamierzam się wsłuchiwać w Jego potrzeby. Nie wmawiać, że jak marudny to głodny albo śpiący. A może on zwyczajnie ponoszony być chce, przytulony...może przecież.

Jak będzie, zobaczymy. Myślę, że psychicznie jestem gotowa i że pięknie będzie:)
A żeby to wszystko pojąć, rozumiem ogarnąć, sprawdzić i się nauczyć potrzeba mi było pięciu lat. Niepowodzeń wszelakich. Wielu książek, artykułów, felietonów... Rad, które okazały się cenne choć z początku wydawały bezsensowne. Wielu obserwacji poczynionych, błędów popełnionych, słów wykrzyczanych, osób tych słowem zranionych. Mnie życiem zawiedzionej trzeba było...

I napiszę Wam, że fajnie jest teraz. Najlepiej. Choć ciężko czasem, zawsze czegoś brak, chciałoby się więcej, bardziej... 
Jak to człowiek. 
Niedoskonały. 
Chciałabym... 
A życie mam teraz tak piękne


"Gdybym zaniosła pod Twe progi
prośbę o zdrowie (tylko dla mnie)
skarżąc się na mój los ubogi,
że mnie tak często w plecach łamie...

Gdybym poprosiła Cię o volvo,
willę z basenem (raczej krytym)
i jakąś dobrą spółkę z o.o.,
bym mogła czerpać z niej profity...

Gdybym już żyła w dobrobycie,
nie nękałby mnie los ponury,
urząd chciałabym mieć na szczycie(!)
(żeby na bliźnich patrzeć z góry).

Kiedy z ufnością i westchnieniem
przed tron Twój takie prośby złożę,
mając nadzieję na spełnienie...
Racz NIE wysłuchać mnie, mój Boże."
Mieczysław Starościak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz