30 maja 2016

DZIECKO LAGOM

Lubię bardzo stronę "słownik wyrazów w obcych" w Wysokich Obcasach Extra.
Za każdym razem mam jakąś refleksję. A tak często do nich wracam i się nimi zachwycam, że chyba niedługo zacznę ich używać :)

I tak w poprzednim numerze mamy coś co mnie tak strasznie uwiera od dawna. Raz mniej, raz więcej ale ciągle nierozwiązane przy mnie jest.
lagom, szwedzkie słowo nie mające odpowiednika w języku polskim.
Tłumaczone jest jako "w sam raz", "tyle ile trzeba", "nie za dużo, nie za mało"...
Fajnie, prawda? Tak jednym słowem. Tylko, że mam wrażenie, że zbyt często zamiast takiego tłumaczenia byłoby u nas to zdecydowanie mniej przyjazne, pożądane..."średnio", "średniak", "przeciętny". To już nie brzmi dobrze.
No to myślę sobie, zaprzestańmy używania i myślenia tych źle odbieranych określeń i zacznijmy znów "w sam raz", "tyle ile trzeba" ... albo odczarujmy tego średniaka. Bo co w tym złego? Skąd ten pęd żeby koniecznie się wyróżniać, być najlepszym, tym jedynym, wyjątkowym za wszelką cenę?
Skąd w rodzicach tyle zaparcia wstrętnego i potrzeby chwalenia się osiągnięciami swoich dzieci? Dlaczego przestał im wystarczać wyścig w ich korporacjach, ta walka w dorosłym życiu? Wydaje się, że wciąż poszukują nowych możliwości pokazania się. Potrzebują być chwaleni za dobrą robotę, na każdym polu ich życia.

Szkoda mi straszliwie, że te średniaczki właśnie, te dzieci przeciętnie uzdolnione zanikają. Wciąż i wciąż są doszkalane, poprawiane, zapisywane na kursy uzupełniające.
Wciąż i wciąż odbierany im jest czas na życie...na to, które powinno im się należeć ot tak, na to dzieciństwo takie beztroskie, z obdartymi kolanami, umorusanymi policzkami, głodnym brzuchem przy powrocie z podwórka po kilkugodzinnych szaleństwach.
Gdzie oni?

Ja wiem, że czasy sprawy nie ułatwiają. Zewsząd zalewają nas zdjęcia pięknie ubranych dzieci, czyściutkich, z delikatnie uchwyconym w dłoni listkiem. Mieszkań pięknie urządzonych, domów wysprzątanych na błysk. Co dzień rano lśniący salon i sypialnia, na stole w jadalni wyszukane, zdrowe śniadanie już o 7 meldują, a dzieci 3. Taaa....

Zbyt mało prawdy w tym otaczającym nas, wirtualnym świecie.
Spędzamy w nim tak przeraźliwie dużo czasu zastanawiając się co z nami nie tak. Dlaczego u nas o godzinie 7 rano to zbiera się brudne talerze po wczorajszej kolacji bo dzieci zasnąć nie chciały i nie było siły palcem już ruszyć? Dlaczego sypialnia wygląda jak po tornadzie, kiedy dzieci obudziły się wcześniej niż my i postanowiły jeszcze się trochę pokołtunić z rodzicami w dużym łóżku? A no właśnie dlatego. Bo to życie właśnie. To prawdziwe. Że czasem tydzień trafi się taki, że nie ma na nic czasu ani siły i trzeba wybrać między wieczorną rozmową z dziećmi a generalnym sprzątnięciem kuchni. I czasem ten tydzień się przeciągnie na weekend bo pogoda piękna i dzieci chciałyby za miasto..., więc tylko podłogę jedną nogą na mokro zmywasz, pakujesz co trzeba i jedziesz bo to właśnie przecież tworzy ich wspomnienia. Bo oni właśnie teraz chcą pobyć z rodzicami. Takimi tylko dla nich. Nie tymi, którzy tylko między obiadem a deserem, między kolacją a wieczornymi wiadomościami czas jako taki wolny mają. A może cały kolejny tydzień padać będzie? Może w pracy lżej i nadrobi się i to sprzątanie, i obiady na tydzień cały zaplanuje i też zrobi się zdjęcie idealnie nakrytego stołu z 4 daniowym, zdrowym obiadem i deserem własnoręcznie wykonanym. Na całą paterę wielkim, takim. Może właśnie za tydzień dzieci zechcą nocować u kolegów i nawet tego czasu między kolacją a snem nie będzie.
Zapominamy podglądając innych, że życie to każdy ma swoje. Że wcale nie trzeba dokładnie jak "tamta" półek mieć. Że wcale nie trzeba tych znaczków na butach dziecięcych. Nie trzeba 5 zdjęciami dziennie udowadniać światu, że jest się szczęśliwym.

Chodzi o to, że na wszystko jest w życiu czas. A najważniejsze jest to, żeby mieć czas na życie.

Odbiegłam nieco od tego co chciałam napisać najbardziej. O tych "idealnych, najzdolniejszych spośród" dzieciach właśnie.
Tak rzadko już słyszę, że jakieś są "w sam raz", że właśnie "takie jakie są, są najlepsze", takie "akuratne" jak mawiała moja Babcia.
Od małego wymaga się, żeby nie były przeciętne, nie jak wszystkie inne, żeby talent konkretny miały. Pianino, balet, języki obce jakieś. Ale nie, że tak dla zabawy, przyjemności, jak im się chce. One mają być najlepsze w grupie. Są porównywane, obarczone, bo "nie po to matka płaci żebyś Ty Pani nie słuchał i przeszkadzał!" - no straszne to.
Mam też wrażenie, że teraz te dzieci nie mają czasu wolnego, nie umieją się nudzić. Nie mają kiedy nawet. Już nie słyszę w rozmowach o tej "Kasi spod 5.", "Janku, którego mama jest pielęgniarką w naszym szpitalu". Teraz jest "Kasia co na balet 4x w tygodniu chodzi, tata prosto ze szkoły ją na te zajęcia wozi i ostatnio to jakiś medal zdobyła, mówił!" i "Janek, który chodzi na judo, piłkę nożną i język angielski. Taki zapracowany, zdolny! jeden dzień w tygodniu wolny ma ale jaka przyszłość go czeka, pani kochana!".

A mi tak strasznie przykro, że teraz te "akuratne" dzieci to taka rzadkość, bo to nie pożądane zbytnio, bo przeciętny jest nijaki, bo się niczym od małego nie wyróżnia.
Bo po drzewach woli i nikt mu nie zabrania, bo błotną kuchnię zakłada i potrawy siedzącym w pobliżu rozdaje.
Kto to słyszał w tych czasach.
I chyba takie starodawne dzieciństwo to mają w większości dzieci, których rodziców nie stać na te wszystkie dodatkowe zajęcia.
Nie stać bo nie mają na nie pieniędzy albo mają świadomość, że dzieci rosną szybko i chcą w ich życiu brać czynny udział, że zamiast tej kasy, poświęcają im swój czas. Ten cenniejszy niż złoto.

To duże wyzwanie i trud żeby zachować umiar, bo przecież ogłoszeń pełno. I ta oferta dobrze spożytkowanego czasu dziecka tak kusi. Bo to źle żeby się nudził. Bo po pracy rodzic zmęczony i taka opcja, jedynie przewiezienia malucha na zajęcia i godzinny odpoczynek to atrakcyjna bardzo. A później już na tyle późno jest, że zostaje powrót, kąpiel, kolacja i spać. I dziecka nie ma. I załatwione. I sumienie czyste bo przecież miał co robić.

Trzeba zdać sobie sprawę, że dzieci też potrzebują się ponudzić. Że to bardzo ważne żeby potrafiły być same ze sobą. Tylko w taki sposób nie ograniczamy ich wyobraźni. Pozawalamy im się rozwijać a ich pomysłowość potrafi zadziwić.

I ja idealna nie jestem. Co jakiś czas wpadam w wir pogoni za potencjalnie lepszym. Marzy mi się mieć więcej, być bardziej.
Pracuję nad sobą. W nawyk mi weszło robienie listy dziennej "to do", jestem zadaniowcem, więc ta forma sprawdza się idealnie. I udaje mi się utrzymywać mieszkanie w porządku, podjęłam pewne wyzwania, wiem, że samo nic się nie zrobi, wiem jak smakuje satysfakcja z fajnie spożytkowanego dnia, widzę jak procentuje pełna uwaga poświęcona dziecku. Jak łatwiej wtedy się porozumieć. Bo on niejako w podzięce bardziej słucha.
Na szczęście niesamowicie cenię swoje dzieciństwo. Chciałabym, żeby moje dzieci miały równie piękne wspomnienia i to jest mój cel. Zgadzamy się z mężem co do tego, że zdążą się życiu napracować. Że jak tylko wspomną same o zajęciach dodatkowych to ani chwili się nie zawahamy. Ale sami nie będziemy narzucać. I jak będą chciały przerwać to ok. Wrócić? Ich wybór. Czasem trzeba samemu się upewnić czego się chce. I ja to wiem. I doceniam daną mi swobodę, zaufanie.
Poświęcony czas.
I dzięki temu właśnie. Jedynie. Jestem tu gdzie jestem, Z mężczyzną swojego życia. Szczęśliwa. Potrafię doceniać co mam.
Dzięki temu że mnie nie zbywano. Że mimo tego, że ja gaduła a Mama na 7 do pracy to siedziała ze mną do 22 w kuchni i słuchała. Wiadomo, że w kuchni rozmawia się najlepiej :) Doradzała i tłumaczyła. Szanowała, kiedy nie o wszystkim chciałam opowiedzieć, rozumiała, że muszę sama ... i doskonale wiedziała, że jak się z tym uporam to przyjdę i dopowiem.
I dzięki temu chyba, choć się buntowałam nie raz, krzyczałam i drzwiami trzaskałam, to teraz rozumiem. Bo pamiętam te rozmowy nasze. I że Ona tej małej dziewczynce, niezdającej sobie jeszcze z wielu rzeczy sprawy, tłumaczyła jak dorosłej. Chociaż twierdziłam, że nie ma racji, że się myli, że na pewno ma pieniądze tylko nie chce mi dać (tak, nawet tak)...to chociaż to bolało, wiem teraz, Ona nie ciągnęła dyskusji. Czasem wiedziała, że należy przerwać bo do niczego to nie doprowadzi. Żadna matka nie lubi odmawiać swojemu dziecku. Czasem trzeba, żeby dziecka nie rozpuścić, żeby nie nauczyć materializmu, żeby znał wartość rzeczy ale i to jest nieprzyjemne bo oczka smutne takie robi. A jak ciężko jest odmówić bo się musi. Bo zwyczajnie na coś nie stać. Bo musi być na chleb. To boli.
Może to dziwne ale ciesze się, że mnie nie stać na wszystko. Że nie spełniam każdej zachcianki dziecka i mogę mu to szczerze wytłumaczyć. Mówię dlaczego nie kupię, czy na pewno uważa, że warto, daje mu czas na podjęcie decyzji proponując co możemy wspólnie zrobić żeby to jednak dostał. Np konkretne monety, wszystkie 50 groszówki do skarbonki i jak się uzbiera a On wciąż będzie chciał to ok. I doceni wtedy nieco bardziej bo musiał poczekać.
Łatwiej zdecydowanie byłoby od razu pójść do sklepu, pozwolić wybrać, powiedzieć "masz i już nie marudź" i zapewnić sobie spokój. Znów na jakiś czas.
Ale to takie na około. Omijanie tak cennych lekcji dla dziecka, że na prawdę, szczerze się cieszę, że mnie nie stać na każde życzenie.

Dzięki temu moje dziecko jest lagom.
Trenował piłkę nożną niespełna rok. I mu przeszło. I nie chodzi.
Pewnie do września bo z kolegą już się zmawiają na sztuki walki. Będzie chciał to pójdzie.
Buty ma drugi sezon te same bo nie wyrósł.
Nie ubieram go w rzeczy, których żal by mi było po starciu z drzewem, wślizgiem poczynionym na trawie czy atramentem, w czasie nauki pisania.
Ale porwał nie wir, ten modowy i poświęcam trochę czasu na wybór stroju. I nosi się modnie, bo lubię go takiego, ale nigdy za cenę przygód - jw. A więc bez znaczków. No i wygodnie. Bo dżinsów nie znosi;)
I jest idealne. I mądre. Dla mnie Naj :)

A Wy wolicie dzieci takie, lagom? Czy może jednak z prądem czasów, lepiej jak rodzic skupia większą uwagę na dodatkowych, rozwijających zajęciach?
  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz