24 lutego 2017

Życie w obrazkach

Jak doradzić może ten co przeżył, tak napisać może ten co przeczytał. A tak mi się ostatnio pomyslało. Ubolewam, że na to moje czytanie czasu mniej niż bym chciała. Ubolewam, że to mniej jeszcze często marnuje. Że daje się wciągnąć w ten świat nierzeczywisty, wirtualny. Że jak Adaś zaśnie to klikam na instagram i przepadam. Cenię to 'miejsce' bardzo, bo jak się napatrzę na ten przykład, na wysprzątane na błysk kuchnie czy stoły to i ja zapału do porządków nabieram. Czy te pokoiki dziecięce, dodatki do mieszkań... No siedzę i podziwiam. I na podlinkowane sklepy 'wchodzę' i głębiej przepadam a razem z tym mój wolny czas. Adaś się budzi, mam wrażenie że minut kilka spał a to 2h tak siedziałam i ŻYCIE MARNOWAŁAM. Zmęczona od patrzenia w ekranik się czuje, przytłoczona nadmiarem inspiracji. Rozglądam się po pokoju gdzie jaki dodatek by mi pasował i ostatecznie stwierdzam, że nigdzie. I zapominam zaraz co ja tam się naoglądałam przez te godziny. Całe szczęście. Bo mogło by to działać aż depresyjnie. Niejeden na te kwadraty się zapatrzy, rozmarzy a na koniec do niego dotrze, że go nie stać na to, że nigdy stać nie będzie. Albo te pokoje przestronne, kuchnie czyste, wyśmigane. Pies na kocie a na kanapie sierści nie znać! (taaa) przeczytałam kilka dni temu w "urodzie życia" felieton Pani Katarzyny Lengren, która właśnie o tym pisze. 
"W ostatnich latach nasza codzienność bardzo się zmieniła. A jednym z elementów zmiany jest to, że żyjemy w obrazkach. Robimy zakupy w internecie, flirtujemy, rozmawiamy z prawnikiem, poznajemy nowych przyjaciół - wszystko za pomocą fotografii, wideo, ekranu komputera. Jesteśmy przyzwyczajeni do obrazkowej, wirtualnej rzeczywistości, dlatego obrazek, spreparowany po to, żeby nas uwieść, staje się naszym marzeniem. (...) Do obrazkowych marzeń należy dodać straty(...)" tzn trzeba mieć świadomość, że tą piękną podłogę trzeba myć każdego dnia bo czarna np, wszystko znać. Dom piękny, duży, okazały...wiele metrów do sprzątania, obejścia przed snem. Pięknie jedzące dzieci, zawsze uśmiechnięte mają też złe nastroje ale tego się nie pokazuje. O tym, że czasem rzuca jedzeniem dwa dni z rzędu i marudzi cały dzień się nie pisze. Dlatego nie można się za bardzo zapatrzeć, brać do siebie i marzeń snuć tak całkiem na podstawie tego co w internecie się zobaczy. Takie mamy czasy a nie inne. Trzeba nauczyć się w nich poruszać :) 

Wyjątkiem są profile ze słowami. Ach, niektóre tak w głowie siedzą. I te słowa nie ulatują jak dodatki pastelowe. One tkwią, wiercą dziurę nie raz, sprawiają, że zwalniam, życie odmieniają ośmielam się napisać. Polecam np @bogusias_dream12 @manufaktura_splotow, (takie do patrzenia to zachwyca @mrsostrovia i @monikalenarczyk - to jej oko, jej Rodzina
.) No ale to dla tych co słowa cenią, bo nie każdy przecież. Oj, udała się ta aplikacja. Tylko z rozsądkiem trzeba. Co zmarnowałam to zmarnowałam. Poznałam siebie lepiej. Już wiem, że jak sobie nie zapiszę to nie zrobię. No tak mam i już. Muszę w kajeciku, na karteczce, kalendarzu, gdziekolwiek byle rozpisać co do zrobienia w danym dniu mam. I wtedy czas na wszystko jest. I dumna jestem. I uważniejsza. I czytam. I pisze. I dzieci naprzytulam ile tylko pozwolą. I kreatywnego 'ku pamięci' coś obmyślę. Lubię takie zorganizowane dni. Lubię siebie taką pochłoniętą życiem. Tu i teraz. Z podłogą do umycia i marzeniami, że kiedyś będzie jej kilka razy więcej. Z pustym zlewem, syropem z cebuli na parapecie, zakwasem w piekarniku, galaretką w lodówce i ciastem na stole. No lubię. A jak głaszczę pyzate poliki Adasia i widzę paznokcie moje, lakierem pomalowane. Czerwonym najlepiej, odcień nieważny. To już więcej mi nie trzeba. A jeszcze jak mam siłę szeroko otwierać oczy, wciąż tuszem maźnięte, kiedy mąż w środku nocy wraca... I on wtedy zmęczonym wzrokiem, acz miłości pełnym je omiata, choć pewnie nie maźnięte omiótł by tak samo, bo już ledwo, ledwo ten wzrok jego o 2 w nocy, to jest jak taka wisienka na torcie. Takie przyklepanie idealnego jak na obecne nasze możliwości dnia. 'Bo nie musi być perfekcyjnie, żeby było idealnie.' Gospodynią, mamą, żoną i kobietą uwielbiam być. A na to potrzeba czasu. Mi potrzeba też planu. Może nie tylko mi. Z pewnością nie tylko mi wirtualny świat podkrada życie. Także daje Ci do myślenia czy nie warto może nad planem się pochylić, jak na spontanie, w chwili wolnej raczej po telefon sięgasz niż biegniesz na kanapę na której czeka książka, zdjęcia do opisania i umieszczenia w albumie czy pamiętnik do zapisania. Bo życie ma Ci tyle do zaoferowania... Każdego dnia. Pomysłów tyle umyka bo chwili nie masz sam na sam ze sobą, w ciszy. Cierpliwość marnowana. Zamiast w dal popatrzeć, umysł oczyścić, oczy naturą nasycić to patrzysz w męczący oczy i głowę monitor. Z nosem w telefonie, oglądając urywki życia innych, swoje tracisz bezpowrotnie. 

I taką refleksje mam jeszcze... 
kiedyś dzwoniło się do kogoś zapytać co słychać od czasu do czasu, raz na tydzień góra. A teraz, pod tym właśnie pretekstem zaglądamy na Facebooka czy inne portale. Z ciekawości co ktoś w tej książce twarzy udostępnił, napisał, zdjęcie jakie opublikował. W jakim jest nastroju już nawet można wiedzieć. Tylko czemu kilka razy dziennie? Strasznie ważni zrobili się Ci wszyscy znajomi, skoro ciekaw ich jesteś aż tak bardzo...i to tak strasznie bezsensowne 'rolowane tablicy', same głupoty udostępniane..i Ty to widzisz, i to mówisz głośno nawet. A czas miiija...a Ty tym palcem maaaaachasz. 
I ja też. 
Na szczęście od czasu do czasu uderza mnie świadomość dość wyraźnie i postanawiam zmieniać sposób w jaki to swoje życie przeżywam. O. 

I wtedy takie właśnie rzeczy wypisuje. I dobrze. Jakbym zapomniała to wejdę, przeczytam i znów zmądrzeje. A może ktoś ze mną razem?

17 lutego 2017

W odpowiedzi na wspólne potrzeby. Śpię z dzieckiem

Pisałam już kiedyś, że to drugie macierzyństwo zdecydowanie spokojniejsze jest. Piękne, pełne swobody i zrozumienia. Pisałam wtedy przekonana o swoich racjach, pewna, że to dobra droga, rozumiałam tą 'ideologię' rodzicielstwa bliskości. A teraz piszę bo tego doświadczam. Już nie tylko wierzę. Ja to widzę i podekscytowana jestem niesamowicie, że miałam rację. W tak piękny sposób ją miałam. To znaczy dając dziecku co mogłam najlepsze - wyrozumiałość i spokój, dostałam w zamian to samo. Mam dziecko radosne, spokojne, czasem wymagające ale wynika to z ciekawości świata - zrozumiałe. Napiszę Wam coś...przykład taki, właściwie dwa. Otóż Adaś przez pierwsze dni swojego życia po tej stronie brzucha, spał u siebie w łóżeczku, bez problemu, zjadł i spał. Po niedługim czasie musiał być ponoszony i wytulony żeby spokojnie móc pospać. Po następnych kilku nocach było jeszcze gorzej, spałam po 2h, albo i nie. Już w czasie odkładania się budził. Próbowałam wózka, bujaczka, fotelika samochodowego... Budził sie. Dodam nawiasem, że był to czas karmienia butelką moim odciągniętym mlekiem. Bywało, że spałam 30 minut. Na całą noc. Następnie mieliśmy zaplanowany wyjazd nad morze. Z wygody karmienia w podróży postanowiłam wrócić do karmienia przez nakładki (historia na osobny post, dość intymny ale problem wielu, wielu mam, może opowiem). Tak też karmiłam przez cały pobyt, Adaś przesypiał w wózku niemal całą noc. Wstawałam nasłuchiwać czy oddycha. Tłumaczyłam sobie, że to świeże powietrze, szum morza (słychać było pięknie)... Wróciliśmy do domu, dalej nakładki i Mały dalej spał ale już nie tak ładnie. Hm? Tzn zasypia łatwo mocno, ale często się przebudzał. W chwili wzięcia na ręce spał. Moment. Postanowiłam, po naradzie z mężem, spróbować nie przenosić Go do siebie jak zaśnie w czasie jedzenia. Bałam się na początku okrutnie, że nie poczuje i Go przygniotę, w końcu taka wyczerpana byłam. I wiecie co...byliśmy w szoku. Ja budziłam się co chwilę, spałam jak zając a On spał zdaje się 10h ciągiem. Ot tak. I zrozumiałam...zwyczajnie czuje się bezpiecznie przy mnie. Budzi się tam gdzie zasnął - to bardzo ważne dla poczucia bezpieczeństwa. Czuję zapach, słyszy oddech...moze to o to chodzi. Śpi ze mną od października. Budzi się raz, pije i dalej śpi. Zapomniałam co to nieprzespane noce. Zapomniałam co to płacz w nocy. I nie śpię wcale bardzo blisko Niego, na wyciągnięcie swojej rączki ma moja poduszkę, ja jestem jeszcze dalej. Tak czuję się pewniej a Jemu ta odległość odpowiada no i bingo. Nie wiem czemu nie pomyślałam o tym wcześniej. Taka byłam pewna tej bliskości, noszenia kiedy tylko chce a Jego niepokoju w nocy nie skumałam. No, do czasu.
Sytuacja ta utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że dziecka należy uważnie słuchać i obserwować. 
I tak przykład drugi podam. Zasypiał Adaś mój około północy. Nie wcześniej jak 23. Wspólnie kładliśmy spać brata i szliśmy się gilać, bawić, ćwiczyć...w końcu dla Niego godzina młoda. Raz jeden spróbowałam obudzić Go wcześniej z nadzieją, że tym samym wcześniej zaśnie. Poza wkurzonym przez cały dzień niemowlakiem nie ugrałam nic. Standardowo w okolicach 19-20 drzemka a jak na złość zasnął po 1. Zapamietałam to dobrze. Więcej nie próbowałam. Pogodziłam się z tym i nawet plus był, bo widział się jeszcze z Tatą przed snem. I tak do poniedziałku ostatniego, kiedy to zasnął ok 19 i już spał na noc. Wcześniej zdarzyło mu się zasnąć w okolicach 22, to już był piękny czas ale poruszaliśmy się wciąż w tych nocnych godzinach. I uwierzcie, że On od tego poniedziałku zasypia najpóźniej o 20. Ot tak. Zwyczajnie. Bez żadnego szczególnego wydarzenia. Wstaje wcześniej, choć wiem, że dla niektórych mam to luksusowa pora, przesypia ok 12h. W dzień dwie drzemki, wszystko jak było tylko godziny sobie pozmieniał i długość snu, bo wcześniej wychodziło ok 10h na sen. Sam. Nadeszła taka chwila, dojrzał, dorósł, nie wiem. Stało się. Byłam cały czas spokojna, korzystałam z tych godzin nocnych na naszą wyłączność. Myślałam, że skoro my rodzice chodzimy późno spać to może geny, może tak już ma ten typ i na siłę nie zmienisz. 
Pamiętam jednak dobrze swoje nastawienie, kiedy Alek był malutki. Spinałam się, planowałam, obliczałam. Kąpiel dokładnie o tej samej porze bo inaczej rozregulowany nie zaśnie. Zasypiał bujany i odkładany milion razy, budził się w nocy z płaczem. Jak pora drzemki to marsz na poduszkę bo jak nie teraz to cały dzień rozwalony. I nie raz spędziłam dwie godziny na wyciszaniu, glaskaniu, nuceniu...i tak sobie myślę, że jakbym posłuchała wtedy Alka, zwróciła uwagę, że akurat się super bawi, albo coś Go rozemocjonowało dopiero co, i te dwie godziny dała mu dalej robić co robił to zasnął by w 5minut. Bo rzeczywiście by chciał. Teraz tak to działa. Adasia obserwuje. Nie mam pojęcia w jakich godzinach śpi, tzn mniej więcej, przedział. Wtedy zaczynam zwracać większą uwagę na marudzenie, brak usmiechu...i faktycznie. Zasypia w kilka minut. To samo na sen nocny i każdy inny. Pamiętam, że jak kładłam Alka na drzemkę i On poleżał chwilę po czym z uśmiechem stawał w łóżeczku i ani mu się śniło zasnąć, denerwowałam się. No bo "jak to? To czas drzemki, Ty musisz teraz spać!" Na prawdę. I wiem, że nie ja jedna. Teraz jak okazuje się, że nie drzemka Małemu w głowie a przytulnie krótkie i uśmiechem mnie obrzuca to i ja się uśmiecham. Tak szczerze. Bo to nie maszyna. Nie zaprogramujesz. Ma prawo do lepszego i gorszego dnia. Ma prawo tak samo do jednej, jak dwóch drzemek w ciągu dnia. Rozwija się, poznaje świat, zmienia się, dojrzewa. Alek przestał spać w dzień jak miał 2 lata. Jego rówieśnicy jeszcze kolejne dwa spali conajmniej raz. A ja co? Na szczęście już przeszłam na "jasną stronę mocy" i interesowałam się psychologią, emocjami i uczuciami dziecka i zwyczajnie przyjęłam to za fakt. Nie śpi, nie chce. Ok. W p-kolu na leżakowaniu zasypiał. W domu nie. Choćbym zasłaniała rolety, czytała, wyciszała, puszczała audiobooki. No nie i już. 

Macierzyństwo zmienia. Dzięki niemu nauczyłam się żyć tu i teraz. Tylko to ważne co dziś. Nie wypatruje już przyszłości. Bardzo dużo straciłam czekając, wyglądając. Ale każda "świeża" mama tak ma. Niedoczekanie kiedy dziecko zacznie się przekręcać, siedzieć, raczkować, stawać... A później z tęsknotą wspomina jak były wspaniałe te początki. A wszystko to czego wyczekiwała przyszło. Prędzej niż myślała w ostatecznym rozrachunku. I tak ja, nauczona już, że wyglądać nie warto bo wszystko przyjdzie we właściwym dla siebie czasie, tak samo wiem, że wszystko minie co ma minąć. Nieprzespane noce, krzyk i płacz z niewiadomego powodu, jedzenie w nocy i ząbkowanie. Noszenie na rękach i lulanie do snu. Przytulanie całodzienne i pytania "a po co". Aż się łezka w oku kręci za tym i radość wielka, że to jeszcze mnie spotka. Wiem dziś, że wszystko minie i dlatego przyjmuje każdy dzień z pokorą. Bo żaden z nich się nie powtórzy w tym wydaniu. Wiem co po czym następuje ale w jakiej formie to zagadka. I staram się narzekać jak najmniej z tą wiedzą dzisiejszą, choć nie powiem, że wcale bo gdzieś nerwy ujść muszą. 
O wiele łatwiej się żyje nie walcząc. Z dzieckiem, ze światem, z samym sobą. Trzeba słuchać, obserwować, starać się zrozumieć. Proponować ale nie narzucać. Nie planować sztywno. Mieć pomysł ale na czas bliżej nieokreślony. Nie stresować się, nie myśleć, że coś trzeba. Nie trzeba. Nic nie musisz. Wyluzuj się, wystarczy, że całe dnie spędzasz na straży bezpieczeństwa swojego dziecka. Oczy dookoła głowy, przewidywanie niebezpieczeństw oddalonych o kilka metrów, reagowanie w porę. Wystarczy. Nie dokładaj sobie zmartwień pod tytułem czy wystarczająco dużo zjadł, długo spał czy się śmiał. Poinformuje Cię jeśli będzie mu czegoś brakowało. A Ty jak nie będziesz się skupiać na tym co powinnaś czy musisz, z pewnością tą informację zobaczysz. 

Nie byłabym sobą gdybym nie porównała emocji dziecka do tych dorosłych. Pomyśl, czy po dniu pełnym wrażeń, emocji, bodźców nie chciałabyś przytulić się do ukochanej osoby? Zasnąć przytulonym, w rytm jej oddechu? Czy nie chciałabyś podzielić stresu na dwa ciała? Przyjmijmy czasem, że dla małego dziecka każdy dzień jest ciężki. Być może jego układ nerwowy jest szczególnie wrażliwy i nie radzi sobie z wydarzeniami dnia codziennego. Pamiętaj, że dziecko każdego dnia się uczy, poznaje, wszystko mocno przeżywa. Poznaje do czego służą jego własne rączki, ćwiczy intensywnie wszystkie mięśnie. Przeżywa frustrację, kiedy chce po coś sięgnąć a nie dostaje, kiedy chce złapać a nie potrafi się przesunąć. Na koniec takiego dnia dziecko może być zdenerwowane, może być zwyczajnie psychicznie zmęczone i nie chce więcej bodźców, nie chce czuwać, chce być pewne, że jest bezpieczne, zupełnie się rozluźnić i spokojnie zasnąć. 
Lubie cofać się do dalekiej przeszłości. Kiedyś małe dzieci były przy mamie bez przerwy, jadły kiedy chciały bo były niemal uczepione a matka w tym czasie zbierała jedzenie. Nie było czasu na wielogodzinne "wiszenie na cycu", nie odkładały śpiącego niemowlaka daleko od siebie bo coś mogłoby je pożreć (polecam lekturę bloga www.wymagajace.pl  - po raz kolejny :)). To wszystko jest takie naturalne. Niestety wszystkie "dobre rady" jakimi od początku zarzucane są młode mamy, przez psychologów między innymi, a jakże, pozbawia je umiejętności samodzielnego myślenia, analizowania, obserwowania. No bo skoro wyuczony psycholog czy pediatra tak mówi to tak jest. No właśnie nie jest. Każde dziecko jest inne, jedyne co powinni doradzać do jak najuważniejsze podążanie za potrzebami dziecka. 

Co mi z tego że w "małżeńskim" łóżku jest mąż a nie ma dziecka, jeśli dziecka nie ma też w swoim łóżeczku bo chce być przy mamie, której tym samym nie ma przy tacie bo jest przy dziecku? No nie klei się to. Nie zapominając o sobie i swoich potrzebach śpię z dzieckiem. Zaspokajam tym jego potrzebę bliskości i swoją potrzebę snu. O potrzebach "małżeńskich" nie zapominając - uprzedzając wątpliwości. Mam na to siły i chęci dzięki przespanym nocom. 

Nie martwi mnie czy się przyzwyczai. Nie znam gimnazjalisty śpiącego z rodzicami. Dla przykładu ja, śpiąca od małego w wózku, później łóżeczku do pierwszych klas szkoły podstawowej układałam z tatą grafik nocy, kiedy ja a kiedy on śpi z mamą. 
A córka mojej siostry od zawsze śpi sama i od zawsze całe noce. Pierwsze 6miesiecy budzona na jedzenie nie przyzwyczaiła się, potrafiła zasnąć o 17 i spać do 8. Badana, cukier w normie. Dzieci są różne. 

Widzę, że coraz głośniej jest o rodzicielstwie bliskości, to żaden wymysł, jedynie nazwana najbardziej naturalna droga w wychowaniu dzieci. Nie ma przepisu na właściwe, najlepsze rodzicielstwo. Stanie się ono takim jak zaczniemy sami myśleć, analizować, skupiać się na własnych dzieciach. Tak instynktownie a nie naukowo do tego podchodzić. 
A o ileż radośniejsze się ono stanie w dodatku. 

Trzymam kciuki za Wasze przespane noce!